Skip to main content

Blog

Irvin Yalom. Spotkanie z Mistrzem

Kraków, 25 kwietnia 2014 r, godzina 17.20. Na wielkim ekranie hotelowej sali konferencyjnej rozbłyska światło i pojawia się pokój z dużym okrągłym stołem, przy którym stoi mężczyzna i rozmawia przez telefon. To nie jest Mistrz, jest zbyt młody.

Sala konferencyjna jest niemal pusta, trwa przerwa, uczestnicy wyszli na kawę. Mężczyzna z obsługi sprzętu multimedialnego próbuje nawiązać kontakt z osobą na ekranie. Bezskutecznie, nie jest słyszany. Po chwili otwierają się drzwi i wchodzi starszy, krzepki pan z kubkiem kawy z mlekiem w ręku. To bez wątpienia doktor Yalom!

Wyprostowany, zaskakująco sprawny,  elastyczny w ruchach, trudno uwierzyć, że ma dziś 83 lata. I trudno uwierzyć, że właśnie zabiera się do przestawiania wielkiego stołu w jakimś pokoju gdzieś w San Francisco, setki kilometrów stąd. Po dłuższej chwili udaje się wreszcie nawiązać kontakt głosowy, dr Yalom widzi nas i słyszy, choć mało komfortowo, bo przez nadchodzące półtorej godziny kilkakrotnie będzie upewniał się, że wszyscy Go dobrze słyszą.

Jest niezwykle bezpośredni, w trakcie odpowiedzi na pierwsze pytanie nagle zatrzymuje się i sprawdza jak nam idzie jak dotąd, czy nas interesuje to, co mówi, jak Go odbieramy, czy nie jest zbyt stary. Wypełniona po brzegi sala wybucha śmiechem i macha do Niego. Odpowiada tym samym, macha do nas z ekranu. Po chwili jest jasne, że przed nami nie wykład ale dialog, dr Yalom pyta i prosi o osobiste pytania, odpowiada, sprawdza, czy pytający otrzymał odpowiedź, stara się o rzeczywisty kontakt mimo technicznych trudności z przesyłaniem dźwięku i tłumaczeniem.

Pytania z sali są przeróżne, mniej i bardziej osobiste, dotyczące psychoterapii ale także życia i prywatnych refleksji  dr Yaloma. W odpowiedziach uderza Jego otwartość, swoboda w kontakcie, ciekawość i szacunek dla każdego pytania i pytającego, mimo, że zapewne wielokrotnie już w swym życiu udzielał podobnych odpowiedzi na podobne pytania, pisał o tym w swych książkach i  teraz niekiedy do nich odsyłał po więcej szczegółów.

Ciekawe jest postawa Yaloma wobec psychoterapii egzystencjalnej, nurtu psychoterapeutycznego, z którym w Polsce jest identyfikowany - zdecydowanie odżegnuje się od przynależności do jakiejkolwiek szkoły, powiedział, że przez lata tworzył swój styl, oparty na wieloletniej własnej terapii; korzystał z dorobku naukowego różnych szkół, uczył się na własnych badaniach i pracy naukowej oraz pracy terapeutycznej. Jako lekarz , po specjalizacji  psychiatrycznej zaczął szukać "trzeciej drogi", poza  biologiczno-medycznym z jednej strony i psychoanalitycznym z drugiej modelem rozumienia i pracy z pacjentem. Punktem zwrotnym okazała się książka Rollo May?a "Existance". Zainteresował się  filozofią i tam znalazł inspiracje do rozwoju własnego podejścia do klienta. Zapewne 10-letnie doświadczenie w prowadzeniu grup terapeutycznych dla kobiet z chorobą nowotworową miało wpływ na pogłębienie uważności na sprawy egzystencjalne.

Nie myśli o sobie jako twórcy szkoły, nie ma uczniów, superwizował różnych terapeutów. W swoim  stylu pracy koncentruje się na problemach interpersonalnych klienta i relacji z terapeutą z wrażliwością na problemy egzystencjalne. W pierwszej kolejności sprawdza "jak nasycone innymi ludźmi jest życie mojego pacjenta". Przywiązuje dużą wagę do zebrania informacji o kliencie, których szuka także w oglądzie jego porządku dnia i w snach.

Jego własny porządek dnia dziś to przedpołudnie przy biurku, gdzie pisze. Właśnie ukończył książkę "Creatures of a Day"; kolejny zbiór opowieści terapeutycznych. Po obiedzie przyjmuje klientów, dwóch - trzech dziennie. "Moje życie dziś podoba mi się znacznie bardziej niż kiedyś". Kilkakrotnie wspominał o żonie Marylin, której obecność u Jego boku niezmiennie od ponad 70 lat sobie ogromnie ceni. Ten niezależny psychoterapeuta na pytanie kim dziś jest w pierwszej kolejności odpowiedział: "mężem Marilyn". Od lat wzajemnie się wspierają, pomagają, wspólnie uczestniczą w ważnych wydarzeniach obojga. Dziś wyjątkowo Marylin nie mogła być z nami. W drugiej kolejności dr Yalom jest ojcem, później terapeutą i dobrym przyjacielem.

Czy kiedykolwiek, w jakimś kryzysie przyszło Mu do głowy, że powinien był zająć się czym innym niż psychoterapią?. Nigdy! Całe życie uważa, że ten szczególny zawód jest przywilejem, i niezmiennie cieszy się,  że może zajmować się tym, co  tak bardzo Go ciekawiło i angażowało. To  w pełni przeżyte życie zmniejsza Jego lęk przed nieuchronnością śmierci,  choć jako lekarz obserwuje swoje objawy i czasem się martwi. Jednocześnie jest bliżej radości życia, zadowolenia, wciąż dobrze czuje się fizycznie. Pełna świadomość swojego wieku odbija się w kontraktach terapeutycznych z nowymi klientami - umawia się z nimi najdalej na rok wspólnej pracy.

Zapytany o przyszłość psychoterapii żartobliwie zaczął odpowiedź od uwagi, że ogromnie nie lubi tego pytania i miał nas o tym uprzedzić na początku. Ostatecznie stwierdził, że martwi się o rozwój tego zawodu ponieważ nie widzi w środowiskach terapeutycznych tendencji do rozwoju holistycznego podejścia do rozumienia i leczenia pacjentów a - wręcz przeciwnie - do zamykania się w swoich nurtach. Kończąc spotkanie, tak jak często sesję terapeutyczną, zapytał, czy ktoś jeszcze ma sprawę, która będzie go dręczyć po wyjściu stąd. Odpowiedział na jedno ostanie pytanie, potem drugie, był gotów na następne. Tak chętnie dzielił się swoją wiedzą, doświadczeniem i....czasem. Sala pożegnała Yaloma owacją na stojąco. Jak Mistrza:-)